14 stycznia 1840 roku w miejscowości La Glandier na francuskiej prowincji, w zamku który nie był zamkiem, umierał bogacz, który nie był bogaczem, na cholerę, która cholerą nie była. Jeśli dodamy do tego, że opiekowała się nim żona arystokratka, która nie była arystokratką i z którą nie sypiał, jasne się staje, że komuś należą się tutaj wyjaśnienia. Wyjaśniamy więc, że nasz pacjent to trzydziestokilkuletni Karol Lafarge. Jego żona ma na imię Maria. Ale zacznijmy od początku.

Wyobraźmy sobie teraz pochylonego nad stołem w ciemnej pracowni naukowca, przesypującego z miseczki białą substancję. Ciemna karnacja i ubiór wskazują na jego orientalne pochodzenie. To arabski uczony Gerber syntetyzuje w ósmym wieku proszek, który przez potomnych zostanie nazwany "poudre de succession" czyli "proszkiem dziedziczenia". Ten bezwonny i bez smakowy biały truciciel to arszenik, "najlepszy przyjaciel" wielu takich sław jak rodzina Borgia, Maria Magdalenade Brinvilleiers itp. Ale także całej rzeszy niestrudzonych trucicieli, którzy za jego pomocą wysłali "na ten lepszy ze światów" niezliczone kontyngenty współbraci.

Główną zaletą arszeniku było to, iż nie tylko był niewyczuwalny w napojach i potrawach, ale dawał efekty bardzo podobne do "cholera nostras". A że od momentu wynalezienia, do momentu pojawienia się metod współczesnej toksykologii upłynęły całe wieki, więc ilość osobników otrutych za pomocą tego związku arsenu może być naprawdę zatrważająca.

Właśnie o skuteczności "aqua tofana" przekonał się Karol Lafarge. Wszystko miało swój początek od kłopotów finansowych Karola, osoby postrzeganej ogólnie jako prostacki dorobkiewicz. Jego ojciec dorobił się na budowie pieców odlewniczych na terenie starego klasztoru. Po jego śmierci Karol ożenił się bogato i wpakował posag żony w odlewnię. Niestety ani małżeństwo ani interes mu "nie wyszedł". Żona wkrótce zmarła, a przedsiębiorstwo dławiły długi. Lafarge wpadł wiec na pomysł, iż przydałaby mu się bogata żona, na której posagu znów mógłby "położyć rękę". Zlecił wiec wyszukanie odpowiedniej kandydatki poprzez biuro matrymonialne z Paryża. Aby uatrakcyjnić swoją ofertę, podawał się za zamożnego przedsiębiorcę z prowincji, a dom (będący pozostałością po opactwie) nazywał zamkiem. Trafił na 24 letnią sierotę Marię Capelle. Jej opiekunowie - zamożna mieszczańska rodzina, zadbali aby dziewczyna uczęszczała do dobrych szkół. Tam wmawiała wszystkim iż pochodzi z bardzo bogatej i wpływowej rodziny. Niepohamowana ambicja (a może i kompleks pochodzenia) sprawiła, że Maria złapała się na lep "pana na zamku" i zgodziła na małżeństwo. Jak widać, nic dobrego z tego wyjść nie mogło.

Maria Capelle - Lafarge

Tak więc zamiast sielanki przyszła "proza życia" - nie było zamku, nie było wystawnego życia, ale nie było też wysokiego posagu. No i nie było czym chwalić się koleżankom. Po pierwszym okresie histerii i wzajemnych oskarżeń, Maria napisała listy polecające dla męża, które miały mu pomóc w wystaraniu o pieniądze w Paryżu. Lafarge pojechał po gotówkę.

W Paryżu wziął się natychmiast za fałszowanie następnych listów polecających od żony. Ta w zamian wysłała mu listy zapewniające o swojej miłości oraz ciasto najprawdopodobniej nafaszerowane arszenikiem. Jak widać miłość małżeńska kwitła.

Po powrocie do domu Karol wciąż czuł się źle po zjedzeniu feralnego wypieku. Troskliwa żona przygotowała na jego powitanie trufle i dziczyznę. Jak się można domyślić, Lafarge poczuł się po nich jeszcze gorzej.

Wezwany lekarz domowy Bardou uznał że to atak cholery. Przy łóżku chorego dyżurowała Maria, matka Karola, jego siostry i kuzynka Anna Brun. Mimo troskliwej opieki stan pacjenta cały czas się pogarszał. 10 stycznia wezwano innego lekarza - Massenta. Ów również leczył Karola na cholerę. Kiedy Maria przygotowywała zalecone przez niego jaja na mleku, dosypała do szklanki jakiś biały proszek. Zauważyła to kuzynka Anna i zapytała co to takiego. W odpowiedzi Maria stwierdziła, iż ordynuje cukier z kwiatu pomarańczy. Annie wydało się podejrzane iż cukier nie rozpuścił się w mleku i schowała szklankę. Podzieliła się również podejrzeniami z innymi kobietami. Kiedy służący przyznał, że 8 stycznia Maria kazała kupić mu arszenik "na szczury" kobiety nabrały pewności, iż Lafarge truje męża. Matka Karola zaklinała go, aby nie jadł nic podanego przez żonę. Wezwano też innego lekarza.

I tu mamy następny obrazek żywcem wyjęty z gotyckiego horroru. Z 13 na 14 stycznia szalała nad La Glandier zimowa burza. Kiedy w pokoju umierającego modliła się jego rodzina, a po komnatach starego opactwa snuła morderczyni, doktor Lespinasse jechał ciemnymi drogami ratować chorego. Po przybyciu nabrał przekonania że Karol jest ofiara otrucia. Niestety było już za późno - 14 stycznia rano wyczerpany Lafarge zmarł. Nie zdziwicie się pewnie zbytnio, że już następnego dnia w drzwiach domu pojawił się sędzia pokoju z Brives - Moran. Kazał zabezpieczyć pokarm i wymiociny chorego.

W tym czasie w Paryżu swoich największych odkryć dokonywał ojciec współczesnej toksykologii - pochodzący z Minorki Mateo Orfila. Dowiedziawszy się o jego osiągnięciach w kwestii wykrywania arszeniku w zwłokach ludzkich, Moran polecił wykonać sekcję zwłok Lafarge, oraz badania na wykrycie arszeniku. Nie wziął pod uwagę, że była to nowość w świecie ówczesnej medycyny i prowincjonalni lekarze po prostu się na tym nie znali. Lespinasse, Bardou i Messenat byli jednak zbyt dumni żeby przyznać do niewiedzy (niestety jest to dość częsta przypadłość "stanu medycznego" i dzisiaj) i postanowili badania przeprowadzić. 22 stycznia 1849 roku gotowi byli złożyć sprawozdanie.

Jak się można domyśleć, panowie robotę spartolili kompletnie. Do badania zostawili tylko żołądek Karola (zawiązany sznurkiem, żeby treść nie wyciekała). W 1785 roku Samuel Hahnemman odkrył, że jeśli do treści zawierającej arszenik doda się nieco kwasu solnego lub siarkowodoru, to ów opada jako żółtawy osad. W ten sposób lekarze wykryli arszenik w jedzeniu podawanym Karolowi.

Rys. - "Maria Lafarge"

Jednak próba zbadania treści żołądkowej za pomocą rozżarzonej rurki i dodania siarkowodoru skończyła się... eksplozją badanego materiału, a co za tym idzie zakończeniem dalszych badań.

25 stycznia Marię Lafarge aresztowano i odstawiono do więzienia w Brives. Proces rozpoczęto trzeciego września 1840 roku w Tulle. Oskarżał znany prawnik Decous a bronił Marii adwokat Paillet. Przypadek sprawił, iż był on również adwokatem Orfili. Wykorzystawszy swoje znajomości, namówił Orfilę do wydania opinii. Znany toksykolog bez trudu podważył nieudolne badania prowadzone przez lekarzy z Brives. Za pomocą tych samych metod otrzymał żółty osad bez śladu arszeniku. Stwierdził również, że wykazali oni daleko idącą ignorancję nie znając metody badania za pomocą aparatu Marsha. Nie mówiąc już o takich "drobiazgach" jak przechowywanie materiału do badań, itp.

Chcąc nie chcąc zarządzono nowe badania. Przeprowadzić je mieli... aptekarze z Brives, panowie Dubois i Dupuytrena. Przekazano im materiały dowodowe. 5 lutego 1841 roku obaj byli już gotowi podzielić się wynikami. Zastosowali do ich uzyskania aparat Marsha (ale zmontowany samodzielnie). Arszeniku nie znaleźli. Obrońca triumfował... przez jakieś 5 minut.

Nie tylko on bowiem "odrobił pracę domową" z toksykologii. Oskarżyciel również. Teraz "punktował" aptekarzy pytaniami. Szczególną kwestię przykładał do badanych materiałów. Bo przecież "wszyscy wiedzą" że śladów arszeniku szuka się w wątrobie i innych narządach. Aptekarze oczywiście nie wiedzieli, ale przyznać się do tego nie mogli. Postanowiono więc ekshumować Karola Lafarge i przeprowadzić następne badania. Przeprowadzić je miała ekipa "połączonych sił" lekarzy i aptekarzy z Brives. Tym razem panowie "przyłożyli się" do roboty - pobrali nawet próbki ziemi z otoczenia trumny, zapoznali z najnowszymi publikacjami i zadbali o prawidłowe przechowywanie próbek. 9 września ogłoszono wynik - w ciele nie znaleziono śladów arszeniku. Znów obrońca triumfował... na jakieś 5 minut. Bowiem Decous poprosił o zbadanie tymi samymi metodami zabezpieczonych próbek pokarmu i wymiocin ofiary. Po czasie niezbędnym do przeprowadzenia analizy wynik był jednoznaczny - w samych tylko jajkach na mleku znaleziono tyle arszeniku, że wystarczył by do otrucia "...przynajmniej 10 osób...". No cóż, pewnie nie jesteście zdziwieni, że znowu postanowiono przeprowadzić nowe badania.

Wreszcie poproszono o opinie eksperta - samego Mateo Orfile. Przybył on do Brives 13 września i zaraz zabrał do pracy. Na procesie powiedział: "...Udowodnię, po pierwsze, że w ciele Lafarge'a znajduje się arszenik; po drugie, że ten arszenik nie pochodzi z uzytych przez nas odczynników ani z ziemi otaczającej trumnę..." Zastosował on metodę "luster arsenowych". 14 września podał wyniki swoich badań - w ciele Karola Lafarge znajduje się arszenik nie będący pochodzenia naturalnego. Dokładnie opisał metodę badań oraz swoją opinię na temat poprzednich analiz. Po tym wystąpieniu wrócił do Paryża.

Jak się można domyśleć, był to przysłowiowy "gwóźdź do trumny" dla Marii Lafarge. Nie pomogły karkołomne wręcz wysiłki obrońcy. O godzinie 23.30 14 września 1841 roku ogłoszono wyrok - winna! Sąd skazał Marię na dożywotnie ciężkie roboty. Król Ludwik Filip zmienił potem wyrok na dożywotnie więzienie. Wyrok odsiadywała w Montpellier. Tam rozchorowała się na płuca i zmarła. Do końca utrzymywała, że jest niewinna.
Ale jedno było już pewne - toksykologia na trwale wkroczyła do sal sądowych.


Skomentuj artykuł na forum

:: Jak odczytać fałszywe dokumenty i numery VIN
:: DISCOVERY - Zbrodnie, które wstrząsnęły światem
:: Człowiek z Maree
:: Tajemnica Gatton
:: Tutoriale kryminalistyczne

:: NOWE! Puzzle

:: Przygody detektywa Maxa

:: Quiz
:: VIII Edycja Konkursu Wiedzy Kryminalistycznej im. prof. Brunona Hołysta
:: Test wiedzy o historii medycyny
:: Test wiedzy o kryminalistyce i medycynie sądowej
:: Układanka
:: Zagadki kryminalne

"Uczmy się na cudzych błędach, bo sami wszystkich popełnić nie zdążymy. " Joanna Chmielewska


GALIEL@WEBGROUP 2005